Fragment książki „Kolekcjoner kwiatów”:
Weszłam do chłodnej niszy, z trudem łapiąc oddech. Powoli zaczęło się tutaj uspokajać moje skołatane serce. Usiadłam na samym końcu, w jednej z wielu drewnianych ławek. Pomiędzy nimi biegła wąska, kamienna posadzka, wiodąca aż do wielkiego krzyża, na którym wisiał jakiś człowiek w koronie utkanej z cierni. Jaki tutaj panuje spokój – pomyślałam z ulgą. Moje serce zaczęło uderzać w normalnym rytmie. Patrzyłam przed siebie nie rozumiejąc zupełnie, skąd nagle przyszedł do mnie tak głęboki, kojący spokój, jakby ten świat, który zostawiłam za sobą, przestał mieć aż tak wielkie znaczenie, jakbym odkryła, że jest Coś większego od tego, czego doświadczałam do tej pory. Czy to ten krzyż ma takie znaczenie? Słyszałam o tym miejscu, pamiętam jak ojciec o imieniu Paweł, nawoływał do ludzi na targowisku, by przyszli się tutaj pokrzepić, ale moi rodzicie nie byli zainteresowani przyjęciem nowej wiary w Chrystusa, woleli pozostać przy wierze swych przodków i składać dary bogu Słońca, którego też prosili o wszystko, czego zapragnęli. Nagle moje rozmyślania i wspomnienia przerwał dźwięk kroków na kamiennej posadzce. Spojrzałam na człowieka w brązowym habicie, który zatrzymał się tuż obok mnie. Poznałam go. To był ojciec Paweł. Już nie był taki sam, jak kiedyś; nie tak młody, ale poznałam go po oczach, uważnych, głębokich niczym studnia.
-Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – rzekł do mnie.
-Nie wiem, co powinnam odpowiedzieć – przyznałam.
-Na wieki, wieków. Amen – podpowiedział mi ojciec Paweł.
-Ojcze, o co chodzi właściwie w twojej wierze, o co chodzi z tym Chrystusem?
-O to, żeby być silny człowiekiem, który nawet po upadku się podnosi, który wie, co jest dobre, a co złe. Ma świadomość, że jest tutaj tylko na chwilę, że śmierć jest początkiem życia, a naszym celem jest zbawienie.
-Moim celem jest unicestwienie Oliviera, który bawi się w boga!
-I co? Chcesz pójść do niego i odciąć mu łeb?
-Tak!
-Zachowujesz się dokładnie tak, jak tego chce Devilyan.
-Kim on jest?
-Demonem. Ludzie myślą, że go nie ma, bo nikt nie widział Devilyana na własne oczy, może tylko nieliczni doświadczyli tego nieszczęścia, by go zobaczyć. A on jest i śmieje się bardzo głośno z tego, jak łatwo zatruć mu ludzką krew.
-Olivier niszczy ludzi…
-Nie. Oni sami się niszczą. Nic ich nie zwalnia z zachowania zdrowego rozsądku i rozumu – powiedział stanowczo ojciec Paweł. Zdumiało mnie jego zdanie. Zawahałam się. Trudno mi było dopuścić do siebie fakt, że miał rację. Zamilkłam, a ojciec Paweł odezwał się ponownie, już o wiele łagodniejszym głosem.
-Opowiem ci pewną historię. Z najstarszej księgi na świecie. Ze Starego Testamentu. Opisano tam pewną kobietę, która miała na imię Judyta. Ona też chciała wyzwolić lud izraelski od człowieka, który zamierzał być bogiem dla innych. Izrael był zagrożony se strony władcy Nabuchodonozora. Holofernes, jego naczelny dowódca wojsk, zmusza siłą narody do podporządkowania się imperatorowi. Co więcej, w swojej gorliwości żąda, by wszystkie narody uznały w nim boga. Mieszkańcy Fenicji czynią to z lękiem i pokorą. Jedynie naród izraelski, mimo olbrzymiej przewagi wroga, postanawia się bronić. Miejscem strategicznym staje się Betulia, broniąca dostępu do ziem Izraelitów. Mieszkańcy bronili miasta przez trzydzieści cztery dni; jednak gdy zabrakło wody popadli w zwątpienie, straciły ducha ich dzieci, a kobiety i młodzieńcy mdleli z pragnienia i padali na ulicach miasta i przy wejściach do bram i nie było już w nich siły. Wtedy Judyta – kobieta silna, piękna i odważna, udaje się do obozu wroga i wiedząc, że wzbudza pożądanie u Holofernesa, wchodzi do jego namiotu, prawi mu komplementy, upija go, a kiedy ten śpi, ucina mu głowę, jego własnym mieczem, uwalniając lud przed wrogiem. I jest druga kobieta opisana w Nowym Testamencie. Maria. Matka Jezusa Chrystusa. Nie mówi nic. Nie mści się. Nikogo nie zabija. Jest pokorna. A jej syn ukrzyżowany zmartwychwstaje po trzech dniach. Pokora zawsze zwycięża. Rozważ w swym sercu czy chcesz być Judytą czy Marią.

Reply