„Jaromira”

Po przyjęciu chrześcijaństwa zaczęto do Polski ściągać duchownych. Było to korzystne dla rozwoju kraju, gdyż byli to najlepiej wykształceni ludzie ówczesnej Europy. Uczyli nowej religii, a także wprowadzili do Polski pismo łacińskie. Dało to początek literaturze pisanej na ziemiach polskich. Klasztory i kościoły były ośrodkami życia intelektualnego i artystycznego. Duchowni znali również tajniki uprawy roli. Nauczyli Polan melioracji podmokłych terenów, wprowadzili nowe narzędzia oraz dwupolówkę, co doprowadziło do rozwoju gospodarki rolnej. Przyjęcie chrześcijaństwa przyczyniło się do rozwoju budownictwa. Powstały romańskie kamienne kościoły, które zapoczątkowały nowy styl w architekturze nieznany wcześniej na ziemiach polskich. Pojawiło się malarstwo i rzeźba sakralna. Z czasem powstały też szkoły katedralne, które kształciły młodych ludzi na wysokim jak na tamte czasy poziomie.

Nowa religia była atrakcyjna dla wyższych warstw społecznych, a także mieszkańców grodów i podgrodzi, którzy w większym stopniu dostrzegali praktyczne korzyści przyjęcia chrztu, a także mieli wiele okazji, by poznać duchową stronę chrześcijaństwa.

Jednak dla mieszkańców odległych od centrów osad, wychowanych w kulturze pogańskiej, wiara chrześcijańska mimo chrztu pozostawała obca. Jeszcze przez kolejne dwa wieki większość ludności w praktyce nadal pozostawała poganami. Nawet, jeśli ktoś brał ślub w kościele chrześcijańskim, pod wieczór odbywał się kolejny – pogański, podczas którego przy ogniu rozpalonym bujnie, w tanecznym kole falowali uczestnicy biesiady, a kapłan składał na ołtarzu krwawe ofiary z kozy. Odurzeni napojem z czerwonych muchomorów tańczyli w rytm piszczałek i bębnów. Ich codzienność pełna była magii. Domowe bożki zamieszkiwały izby, w lasach trzeba było strzec się Licha, strumienia pełne były wodników, rusałek, a niespokojne duchy nieszczęśliwie zmarłych albo zamordowanych ludzi snuły się po lasach, polach, bezdrożach, jako strzygi, upiory czy zmory. Wróżby, zaklęcia, mikstury, ogniska, ofiary wypełniały codzienność; trzeba było obłaskawić bóstwa i zapewnić sobie spełnienia wszystkich życzeń.

**

Wojciech Sławnikowic

W Libicach, w roku 956 na świat przyszedł syn Sławnikowiców – możnego rodu Czech. Matka piękna, ciemnowłosa, o wielkich czarnych oczach z czułością otuliła synka suknem. Obydwoje z mężem postanowili, że będzie miał na imię Wojciech. Zostanie rycerzem. Będzie pociechą wojsk. Jednak Wojciech jeszcze jako maleńki chłopiec ciężko zachorował. „Nie wyjdzie z tego. Umrze”. Tak słyszeli rodzice od każdego, u kogo szukali pomocy. Wtedy matka Wojciecha zaczęła się modlić do Maryi. Kto lepiej wysłucha matki jak nie druga matka, która straciła swego syna?

Ofiaruję mego syna, Tobie, Mario, Synowi Twemu Jezusowi Chrystusowi, by Bogu służył, by Boga cieszył, a nie wojsko, tylko ocal go, żeby tylko nie umarł, proszę…” Siła modlitwy jest niepojęta. Wojciech wyzdrowiał i od tej pory wiadomo było, że zostanie księdzem. Na bierzmowaniu przyjął imię Adalbert. Kiedy jako młody duchowny znalazł się na dworze w Pradze, zrozumiał, że to życie w niczym nie przypomina drogi ku Bogu. Zmęczony był nieustannym ucztowaniem, ciężki, opity winem, zmęczony fałszem tego świata, pragnął wstąpić do klasztoru. Miał dosyć hałaśliwego ucztowania, podsyłania mu nałożnic do komnaty, które bezwstydne, nagie czekały na niego, by go popsuć. Ich wulgarność, budziła w nich niechęć. Wciąż był świadkiem zdrad i intryg na dworze, fałszywych miłostek, kobiet, które gotowe były oddać się każdemu, kto miał władzę i pieniądze. Pragnął modlitwy w ciszy, pragnął kochać ludzi, ale to było tak bardzo trudne, kiedy widział to wszystko. Pełno tu było romansów, zdrad, namiętności, zachłannej potrzeby władzy, wrogości do całego rodu, Sławnikowiców. Prawdziwa miłość przynosiła spokój. Bóg jest miłością. Bóg jest spokojem. Wojciech wiedział, że w zaciszu klasztornej celi doświadczy tego w pełni. Tymczasem został nagle wezwany do umierającego biskupa Pragi i usłyszał ku swej rozpaczy, ze teraz on – Wojciech zostanie biskupem praskim. Z jednej strony otoczono go szacunkiem, z drugiej jednak cały czas odczuwał ataki możnowładców, którzy chcieli zniszczyć ród Sławnikowiców. W 994 ludzie jednego z wielmożów z czeskiego rodu Wrszowców wywlekli z kościoła św. Jerzego niewierną żonę swego pana i zamordowali ją na oczach Wojciecha. Wojciech ukrył ją tam, gdy szukała azylu w świątyni. Wojciech uciekł z Pragi, by wstąpić do klasztoru. Jednak decyzją synodu musiał do Pragi powrócić. Szedł pieszo z Rzymu do praskiego biskupstwa, kiedy w tym czasie 27 września 995 roku do Libic przybyli czterej bracia Wojciecha z żonami i dziećmi na dzień. świętego Wacława. Książę Bolesław zawarł po licznych sporach pokój z rodem Sławnikowiców. Bolesław potajemnie wysłał do Libic ród Werszowców, który miał tego dnia wymordować Sławnickowiców. Czterech braci Wojciecha razem z żonami i dziećmi wjechali do miasta na koniach radośnie witani przez tłum Libniczan. Nagle Werszowcy wyciągnęli miecze. Bracia z rodzinami schronili się w bazylice. Jednak usłyszeli, że jeśli nie wyjdą na zewnątrz, życiem za to zapłacą Libiczanie. Wyszli z kościoła i oddali miecze, a wtedy zgodnie z rozkazem księcia Bolesława zostali ścięci przez jego ludzi. Zginął Sobiepor, Spytimir, Dobrosław, Porzej, ich żony i dzieci, w sumie dwanaścioro dzieci. Tylko dwóch braci Wojciecha ocalało – Radzim, który odnalazł Wojciecha w drodze z Rzymu do Pragi i opowiedział o zbrodni oraz Sobiesław, który przebywał u Polan, schroniony przez Bolesława Chrobrego.

Po tym, co się stało Wojciech nie chciał wracać do diecezji praskiej. Zatrzymał się na dworze Ottona III. Stamtąd wyruszył do kraju cesarskiego sojusznika – Bolesława I Chrobrego, u którego przebywał ocalały z rzezi jego najstarszy brat Sobiesław.

Wojciech w Gdańsku i Elblągu zachwyciła wielkie tłumy ludzi. W Gdańsku przeprowadził masowy chrzest i rozkazał wyciąć święty dąb. Następnie łodzią, osłaniany przez 30 wojów Bolesława Chrobrego dotarł razem ze swoim przyrodnim bratem Radzimem do ziemi Prusów. Wyruszając do Prus, Wojciech wiedział, że zginie. Dlatego odprawił wojsko, które dał mu Bolesław Chrobotu dla ochrony. Poświęcił własne Zycie, by zginął tylko on i nikt więcej. Poszedł tylko ze swym bratem Radzimem i dwoma duchownymi, bez żadnej broni. Nie chciał nikogo nawracać na siłę. Był przepełniony łagodnością i przebaczeniem. Za to, co spotkało jego braci mógł wzniecić wojnę w Pradze. Nie chciał tego. Wolał służyć Chrobremu i wypełnić misje, którą mu powierzył – nawrócenie Prusów na chrześcijaństwo. To była jego ostatnia misja…

Tymczasem Słowianie niewiele wiedzieli o tych wydarzeniach, żyli dalej swoim życiem, wiarą przodków…

 

Reply